GNIJĘ ZA WASZE GRZECHY. Gównojad


Cuchnę zgnilizną, odorem niemożliwym do zniesienia przez otoczenie, kassssssłające przy mnie, krztuuuuuuszące się, charrrrrrkające, wymiottttttujące, tracące oddech, zatykające swoje przebrzydłe otwory gębowo-noszaste szalami zimą i łapskami latem, kiedy przemieszczam się komunikacją miejsko-wiejską, naziemną i podziemną, każdą. Idąc ulicą i siedząc na ławce. Przechodząc i gdy koło mnie przechodzą. Nie myśląc o tym i rozmyślając. Mając to gdzieś i to roztrząsając. Rozsiewam zgniliznę oddychając i mimo powstrzymywania się od tego, mówiąc i milcząc, istniejąc. Jestem jak dur brzuszny i trąd. Kto znajdzie się w promieniu kilkudziesięciu, kilkuset! metrów, ten zostanie rażony gównem wydobywającym się z mojej paszczy i dziur w nosie. Sam nie czuję owego odoru kładącego najsilniejsze indywidua, odporne na kurze łajno czy rozkładające się zwłoki. Jestem panem mogącym wpływać na zachowanie osób znajdujących się nawet o sto czy dwieście metrów, wprawiającym ich tchawice w ruch a gardła przyprawiając o niemożliwe do zniesienia drapanie, sam przebywając w domu za zamkniętymi wszystkimi oknami i drzwiami. Istnieją jednak szpary mimo uszczelnień i nimi przedostaję się do ich gardeł, turlając się ze śmiechu dosięgnąwszy celu, niczego nieświadomym durniom plując w te ich głupie jadaczki, wręcz wnikając do ich trzewi; to jest jakbym z nimi wszystkimi, czasami kilkoma na raz, całował się, wsysając się wszystkimi swoimi rozkładającymi się wnętrznościami aż po ich przewód pokarmowy, łechtał płuca i oskrzela, lizał ich jelita i zrzygiwał się bezpośrednio w nie, z każdym niezależnie od wieku i płci; ze starcami się turlam i droczę, staruchom wbijam igiełki; młodym i pięknym dziewuchom i gównom niechodzącym jeszcze, nie mówiącym, zsikuję się swoją ropielą i kwiczę ze śmiechu! z radości! skaczę i tarzam się po pokoju! Jak on przenikam ich ciała i myśli; medytują, co, u licha tak mnie łaskocze, może znowu jestem chory czy chora albo jakiś może owad wpadł w skrzela, te rybie, oślizgłe stosy zmartwielin legną u moich stóp. Niesamowitym jest mój wpływ na osoby, z którymi rozmawiam przez telefon. Te same gruźlicze charki, pociąganie nochalami. Wzdrygają się i kaszlą również zwierzęta czworonożne: psy, koty, konie, szczury i myszy. Dotąd nie miałem okazji przekonać się o swoim wpływie, tego co we mnie, na ptaki. Nie zawsze jednak raduję się swoją mocą. Niekiedy chciałbym mieć na nią większy wpływ od posiadanego, a jest ograniczony do minimum. Zasięgnąwszy rad wszelkiej kraści-plaści-fraści szpecjalist-uff!, zrobiwszy dziesiątki eksploracji, które nic nie wykazały, a pachciarze niczego się nie dopatrzyli, ani chorych zębów, dziąseł, żołądka, płuc, gardła, mózgu, kości, radości, czegokolwiek, powtarzam – czegokolwiek, zrozumiałem, że niczego znaleźć nie mogli albowiem nieosiągalne jest dla ich małych rozumków, co dzieje się w moim wnętrzu. To kara za popełnione i niepopełnione grzechy, gniję za życia za siebie i innych. Tak jak on niósł swój krzyż, tak ja się pod swoim uginam, lecz upadając wstaję jako on podnosił i przódł. Czasami nawiązuję rozmowę ze światem złożonym we mnie. Proszę, by przestali rozkładać mnie od wewnątrz na ten krótki czas, kiedy mam ważne spotkanie. Ofiarowuję w zamian przez następne dni czy wręcz miesiące być składnicą i wytwórnią tego nieziemskiego ekskrementu – obiektem ich bezecnych eksperymentów i przekrętów – którego odorem zionę, bylebym tylko na te chwile przestał wydzielać ów cuch. To bardzo rzadko się zdarza. Te prawdziwie ważne prośby składane prze-najwyższym obraaadującym we mnie. Nasłuchuję, oczekując ich decyzji. Nigdy jej nie udzielają wprost. Mogę się tylko modlić do nich jak narzucono mi w dzieciństwie modlić się do boga na niebiesiach. Jeszcze nigdy mnie nie wysłuchały w pełni. Zdarzało się jak na złość, że zaprzestawały swej fekalizacji lub ją ograniczały na kilka dni przed ważnym wydarzeniem, kiedy było mi to obojętne, bo tkwiłem w domu, zamknięty od miesięcy, a gdy nadchodził ten dzień, na przekór te złośliwe diabły ruszały całą parą ze swoją defetystyczną produkcją, sabotując mnie, swojego robala, zżeranego od środka, swoją ofiarę składaną na ołtarzu. Zły, wściekły, zrozpaczony, znienawistniały, krzycząc i wołając o pomoc jego i złorzecząc mu, wpychałem w siebie najgorsze obrzydliwości, jakie mogą się wydać: skoro i tak cuchnę bez względu na wszystko co czynię, pożywienie, płyn, sen, myśl, zwątpienie, pragnienia duszone „w imię”, to nie ma znaczenia, że zjem gówno, które świeżo z siebie wydaliłem. Toteż brałem je jednym pewnym ruchem z muszli i wpychałem do gardła, z ostentacją rozsmarowując na twarzy, wcierając we włosy, wgniatając w oczy, rozcierając na zębach, wsmarowując w ciało niczym wonne olejki. Bywało, że nie fatygowałem się do ubikacji, lecz siedząc w pokoju waliłem w majty. Zawsze sikam oddając stolec, więc czułem gorąco ściekającej uryny po nogach i widząc wydobywające się na podłogę strużki żółtej cieczy aż kwiczałem, jednocześnie czując wypychające majtki kupsko. Temu wszystkiemu towarzyszył roznoszący się coraz bardziej fetor w pomieszczeniu. Śmiałem się, śmiałem przy tym wszystkim coraz głośniej, krzycząc do nich, macie co chciałyście, nażryjmy się teraz razem! Spuszczałem spodnie, wyjmowałem kał i postępowałem tak samo jak w przypadku wizyty w sedesie – zjadałem własne odchody i smarowałem się nimi. Nie obywało się bez rzygania. Wymiociny wymieszane z fekaliami na powrót wpychałem do gardła, z całych sił starałem się je, skutecznie, umieścić w żołądku, pragnąłem, by przedostały się tchawicą do płuc, do krwiobiegu, do kości i każdej chrząstki, z jakiej się składam. Jak mam śmierdzieć, niech śmierdzę, mogę jeść gówno, tarzać się w gównie, tarzać się w napuchniętych zwłokach – to nie ma znaczenia. Jestem ponad to. Temu wszystkiemu towarzyszył śmiech i słowa zwątpienia, czy zrobię to, czy jestem zdolny do tego. Było to zbyteczne z ich strony, bo jak powiedziałem, wszystko nie miało już znaczenia i robiłem to nie dlatego, by im coś udowodnić, lecz na przekór im. Nie rozumiałem ich naiwności. Jak mogły być takie głupie i nie rozumieć tego? To ja byłem panem sytuacji. To ja się mściłem na nich. To ja byłem tu wszechwładcą wszystkiego. Czym był ich marny smrodzik, smrodziki, o, wy maluczkie, maluteńkie, tak śmiesznie smutnieńkie przy moim?! Głupie śmiały się ze mnie a ja z nich. To się tak śmialiśmy, walczyliśmy na śmiechy, kto kogo zagnie, kto mocniejszy, kto tu panem. Zza drzwi dobijali się ci, z którymi mieszkałem. Tracąc grunt w starciu z nimi w tej walce na śmiech brałem się do działania. Przeczesywałem kuchenne śmieci w nadziei na znalezienie czegoś, co by je powaliło. Poza z lekka psującymi się kośćmi z obiadu sprzed dwu dni niewiele dobra znajdowałem. Byłem w rozpaczy, o moment od poddania się. Na co dzień nie wychodziłem z domu nie mogąc znieść palących do żywego spojrzeń kocich i psich – psy, nade wszystko magiczne jamniki na jednej z ulic nawiązywały ze mną wzrokowy kontakt wpatrując się mi w oczy intensywnie i tak długo aż zaczynałem łzawić i czuć zbierającą się w oczodołach krew, wiedziałem, że mają mi do przekazania coś ważnego, lecz nic z tego nie pojmowałem, jedynie czułem doniosłość tych spotkań; oraz ludzkich stygmatów, pięten wypalanych w żywym ciele, bałem się też ich odwetu, gdyby któreś z tych marności jakimś dziwem dowiedziało się, iż to ja powoduję wszystkie te objawy u każdego nich, teraz jednak, kiedy one tak syczały i naigrawały się zewsząd, kuszony przez nie wizją pokładów smrodu na zewnątrz domu i wyszydzany, że nawet na wychylenie brudnej dupy mnie nie stać, wybiegałem z murów do śmietnika pod domem. Tam już było lepiej, bo śmieci wywożone są raz na kilka tygodni i latem szybko psują się resztki w plastikowym kuble. Czasami na trawie udało mi się znaleźć psią kupę lub zdechłego ptaka, którego szarpałem zębami. W końcu opadałem z sił do łóżka lub pod biurko w swojej klitce, zatykając uszy rękoma i nastawiając najgłośniej jak było można radio lub odtwarzacz z najgłośniejszą muzyką, jaką dysponowałem. Wszystko z czasem mijało. Zaśmierdziały tkwiłem w zamknięciu swojego pokoju ku wściekłości domowników, wyrażanej wrzaskami i straszeniem policją oraz pogotowiem. Padały przy tym pod moim adresem różnorakie obelgi. Zwykle byłem słaby wobec nich. Kiedy jednak wstępowało we mnie uposażenie do walki z natarciem, schodzili mi z drogi, ja zaś wyzywająco i bez patrzenia na lada co siadałem, to kładłem się w całym domu na wszystkich kanapach, fotelach, turlałem się po dywanach, wycierałem w mury, będąc cały w brązach. Podbiegałem do ich twarzy i chuchałem z całych sił w ich pyski, krzycząc, by nażarli się gównem mojego wnętrza, moimi grzechami i grzechami całej tej jebanej ludzkości, której są częścią. Dlaczego tylko ja mam nieść to brzemię. Niech i oni choć przez chwilę poczują ciężar, z jakim ja się mierzę każdego dnia od tylu już lat. Niechaj poczują ów odór zła. Na co dzień oni również zaliczają się do krztuszących się, zatykających nos, kaszlących w kontakcie ze mną i kiedy znajduję się na tyle blisko, by słyszeć ich a oni mogli czuć mnie, czyli cały czas kiedy są w domu, którego właściwie nie opuszczam, jestem w jednym pomieszczeniu z nimi czy zamknięty u siebie, bo jak wspomniałem wcześniej – wystarczy ledwie szczelinka, bym niósł się, a i to zaprawdę zbędne! Podczas moich rewolt uciekali do innych pokojów, a ponieważ drzwi do nich pozbawione są zamków, barykadowali się w nich czyniąc ze swoich ciał mięsne fortyfikacje. Zgnilizna nie ma końca, bezustannie się rozkładam od wewnątrz i brakuje mi już sił na cokolwiek. Na pojawiające się kpiny i podjudzania odpowiadam pięściami, którymi okładam się w twarz, walę też w nią z tak zwanego liścia i jest to na swój sposób skuteczniejsze, ból jest palący, a nie ogłuszający jak ten od uderzeń pięścią. Walę się też w brzuch i w klatkę piersiową, zaciśniętymi dłońmi mierzę w betonowe ściany. Ten ból, kara za istnienie własnej zgniłości, pozwala zniwelować oskarżycielsko-pogardliwy-smrodliwy hałas oraz uśmierzyć ból świadomości własnego losu, którego, co już wiem, nie pozbędę się nawet po śmierci, lecz mam nadzieję już nie czuć jego ciężaru. Radość z władzy nad wami nie rekompensuje mi niesionego jarzma albo ja zostałem omylnie wybrany, zbyt pochopnie lub akurat tyle, ile trzeba, to się okaże. Tak mi dopomóż bóg, amen. Salydus.

Reklamy

Ingeborga

byłem tu
na chwilę
tę właśnie
minioną
klękajcie narody
robię lody
poczytaj mi mamo
bo sobie
wydłubałem oczy
Ingeborga rzekła
zjedz się
na śniadanie
to już
nieee
boli

kolanie

bóg się cieszy

dziatki radują

kotki wtórują

pieski jajca szorują

uśmiech na twarzy

kamloty w kiesach

głęboko do wody

nie umiejący pływać

wchodzi

kurwie błagania

gówno z dupy wymyka
do jej pyska wsmyka
rozdziawionej mordy
starej jebanej suki
dławi się nim picza
i pożera łapczywie
i skomle o więcej –
to sram uczynnie
do jej ryja i kopytem
do glęby wciskam –
to ścierwo

narzędzia medialne ekranu

jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję
jestem chory
tylko nikomu się do tego
nie przyznaję

przewrotność rzeczy martwych względem oczekiwań, pochlebco!

oto biegł
ulicą ku mnie
kiedy się potknął
o słowa staruszki:
uważaj, bo się
przewrócisz…!

gnijący puch

kobiecy chór
dudni miarowo
strofa po strofie
a z każdą
głośniej
i tubalniej
puste słowa
miałkiego istnienia
już jego dziabienie
to osiągnięcie
dla niego
droga do sklepu
ubogacana na trzy
różne sposoby
w mozole przemierzane
w obie strony
we wściekłości
i smutku
to jego
przyjemności
lata mijają
lat przyszłych
się lęka
im starszy
i mniej zdrowy
na krawędzi nędzy
balansuje
byle przetrwać
kolejny rok
byle do ostatniej chwili
zmarnować swój
czas

kto zacz?

kto ma na imię
ja?
kto pomyka
tam?
kto siedzi
na ramieniu
moim?
kto cedzi
słowa
nie wymawiane?
kto?
ja?

związanie

znudzenie
znużenie tym
śmierć rozłożona
w czasie
wściekłość
opadająca
w marazm
oczekiwanie
końca
w strachu
wypatrywanie
oznak przemijania
przerażenie
nicością
radowanie się
nią
związanie

zapadanie

Głowa mnie boli
Moja głowa mnie boli
Gardło nabrzmiewa
Nabrzmiewa
Nie trzymam równowagi
się przewracam
Czerń przed oczami
jak kotarą trzasnął
Ucho mnie boli
prawe
Zęby się odzywają
z prawej strony
Muszę stąd uciec
z siebie

gówno

Już dawno, o ile kiedyś, nie musiałem tyle razy oglądać gówna osób, które znam, widuję często. Teraz to się dzieje. Wchodzę do otwartego na oścież kibla z zapalonym światłem zorientować się, co się dzieje i czy chcę, czy nie chcę, odruchowo spoglądam, skąd atakuje mnie smród: jasno brązowe, rozciapane jak ciasto naleśnikowe spoczywa na dnie muszli w oczekiwaniu na spłukanie go wodą z wiadra, która nalewana jest w sąsiadującej z boku łazience w czasie moich przypadkowych oględzin. Ten widok zapada mi w pamięć i pojawia się w nocy w chwilach zasypiania: ludzie to faktycznie gówno. O gówno mam się starać? O gówno zabiegać? Mizdrzyć się do gówna odzianego w szmaty w nadziei, że te szmaty z siebie zrzuci? W nadziei, że to gówno pozwoli mi się dobrać do dziury, skąd takie brązowe, czarne czy zielonkawe wypada każdego ranka lub w dzień, o ile nie ma problemów z jego wydalaniem? Wpijać w to język, ładować w to kutasa? Tego mam pragnąć? Do tego dążyć?